Czwartek, 21 września 2017

Feliks Koneczny: Święci w dziejach Narodu Polskiego cz. XXV

Opublikowano: 17 lipca 2017 06:40:19
Podziel się i skomentuj

W tych samych czasach, kiedy Polacy urządzali u siebie w r. 1791 monarchię dziedziczną, lecz z władzą królewską ograniczoną przez konstytucję, Francuzi wymogli na królu gwałtami prawo sejmowania. Ta reforma rządu połączyła się, niestety, we Francji ze straszliwą rewolucją, która zaczęła się w r. 1789. Po błędach dworu królewskiego nastały gwałty i bezprawie rewolucji, rzezie, tudzież prześladowania Kościoła. Króla Ludwika XVI uwięziono, a w końcu nawet ścięto publicznie w r. 1793. Ogłoszono rzeczpospolitą. W obronie dawnej państwowości wystąpiły obie główne dynastie niemieckie, Habsburgowie i Hohenzollernowie, ale tym dolali tylko oliwy do ognia. Rewolucja szalała coraz bardziej. Wyrżnięto w całej Francji mnóstwo szlachty. Posunięto się do takiej ohydy, iż ścięto nawet wdowę po królu. Rządy rewolucyjne wypędziły księży, zniosły wszelkie nabożeństwa, zakazały wyznawać Boga publicznie, a nawet zaprowadzono nowy kalendarz, żeby już nie zostało nic a nic ze starego ustroju. Od rewolucji miał się zacząć świat na nowo! Zwyczajne to przywidzenie rewolucjonistów. W rzeczywistości zaś byliby zatopili całą Francję w morzu krwi... francuskiej.

Od r. 1794 dochodzą tam jednak do władzy ludzie coraz bardziej umiarkowani, zwolennicy konstytucji, ale nie rewolucji. Gdy zaś niemieckie dynastie urządziły powtórną wyprawę, cały naród francuski porwał za broń i odnoszono świetne zwycięstwa. W tych wojnach wyrobił się cały szereg znakomitych wodzów francuskich, a ponad wszystkich Napoleon Bonaparte. Gdzie tylko się pokazał, zwyciężał.

Republika francuska sympatyczna była Polakom, ponieważ pozostawała w wojnie z dwoma państwami zaborczymi. Mieliśmy wspólnych nieprzyjaciół. Ażeby wojsko polskie nie przestało istnieć, postanowiono urządzić je na ziemi francuskiej. Jesienią w r. 1796 jeździł w tej sprawie do Paryża generał Henryk Dąbrowski. Kadry urządzano w północnych Włoszech, bo kraj ten zajęty był przez wojsko francuskie. W r. 1797 było tam już około 7000 żołnierzy. Zwrócono się do Kościuszki z wezwaniem, żeby objął na nowo stanowisko naczelnika narodu polskiego.

Feliks Koneczny: Święci w dziejach Narodu Polskiego cz. XXV

Kościuszko zwolniony po śmierci Katarzyny przez nowego cara Pawła, wyjechał do Ameryki. Był to już powtórny jego pobyt na drugiej półkuli. Był generałem amerykańskim, bo przedtem jeszcze, zanim wojował o niepodległość Polski, walczył o niepodległość Stanów Zjednoczonych (i stąd ogromna popularność jego nazwiska u Amerykanów). Sprowadzono go z powrotem w r. 1798, bo układ z Napoleonem był już zawarty i spodziewano się pochodu wojennego wprost na Wiedeń. Kościuszko miał objąć władzę jawnie, skoro tylko legiony staną na ziemi polskiej. Tymczasem Dąbrowski sprawował dowództwo wojskowe, miał już 15 000 żołnierzy. Nadspodziewanie wojna rozszerzyła się także przeciwko trzeciemu zaborcy, przeciw Rosji.

Ale równie niespodzianie zawarł Napoleon pokój, skoro dostał kraje niemieckie aż po Ren i całe Włochy południowe. Nie potrzebował już naszych legionistów i pozbył się ich, wysławszy pod przymusem na murzyńską wyspę w Ameryce, San Domingo, żeby tam tłumili bunt murzyński. Wróciło stamtąd niewielu.

Można sobie wyobrazić, jakim sercem chwytał te wieści z dalekich krajów O. Marek. Mieszkając wciąż w Uszomierzu, przypominał sobie, jak błogosławił żołnierzy kościuszkowskich, i cieszył się nadzieją, że mimo podeszłego wieku, zobaczy może jeszcze raz wojsko spod tego samego narodowego znaku. Dożył lat 84, ale żołnierz polski zjawił się na Ukrainie dopiero za naszych dni podczas wojny powszechnej. Zmarł zaś O. Marek nie w klasztorze swoim, lecz bawiąc w gościnie w domu Cieńskich w Berezówce na Podolu w powiecie lityńskim dnia 11 września 1799 r. Zwłoki pochowano w kościele w Horodyszczach.

Wkrótce Napoleon zerwał z republikanizmem, ogłosił się w r. 1804 cesarzem francuskim i zaczął sam rządzić absolutnie. Nowy zaś car Aleksander stanął na czele koalicji przeciw niemu. Pod Sławkowem (Austerlitz) na Morawach stoczono dnia 2 grudnia 1805 r. "bitwę trzech cesarzy", w której brali osobiście udział cesarze: francuski, niemiecki i rosyjski. Napoleon, jak zawsze, zwyciężył. Zwycięstwo było stanowcze tak dalece, iż większość książąt niemieckich wypowiedziała posłuszeństwo swemu cesarzowi, a uznała nad sobą zwierzchnictwo Napoleona. Cesarz niemiecki, Franciszek II, złożył koronę cesarstwa niemieckiego i ogłosił się cesarzem austriackim.

W r. 1806 wybuchła nowa wojna Napoleona z Prusami i z Rosją. Tym razem Dąbrowski uważał już zapewne, że dojdzie do ziemi polskiej i wydał nawet odezwę z zapewnieniem, że sam Kościuszko stanie na czele tej walki. Ale Kościuszko zażądał wpierw od Napoleona zapewnienia, że będzie przywrócone państwo polskie w dawnych granicach. Tego Napoleon odmówił, więc Kościuszko osobiście wycofał się; nie przeszkadzał jednak Dąbrowskiemu. Ten przyłączył się do Napoleona w 18 000 żołnierzy i wszedł szczęśliwie nie tylko do Poznania, ale aż do Warszawy, którą odebrano Prusakom. Można byłoby zająć jeszcze więcej ziem polskich, ale Napoleon zawarł pokój w Tylży dnia 9 listopada 1807 r. Z Rosją pojednał się, ale Prusy zniszczył, odbierając im kraje i na zachodzie i na wschodzie. Odebrał niemal cały zabór pruski ziem polskich i utworzył z niego Księstwo Warszawskie pod księciem Fryderykiem Augustem, wnukiem Augusta III Sasa. Tego księcia warszawskiego tytułowało się jednakże królem, bo równocześnie rodzinna jego Saksonia wyniesiona została do rzędu królestw. Bądź co bądź, państwo polskie powstawało po latach dwunastu na nowo!

Powstawało, gdy od wschodu, z Petersburga, występował coraz gorszy nacisk na Kraje Zabrane, żeby je odpolszczać. Wiemy, że niweczenie unii stanowiło do tego krok wstępny. Pracował koło tego rząd rosyjski nieprzerwanie od r. 1794, gdy wtem otrzymał najsilniejszą pomoc od samych... dostojników unickich. Właśnie za rządów cara Aleksandra I, w r. 1806 zdradzili swą owczarnię uniccy arcypasterze, dwaj arcybiskupi - miński Wiktor Sadkowski i połocki Herakliusz Lissowski, który w tym samym roku został metropolitą. Gdy się to rozniosło, w ciągu najbliższych dwóch lat, 1807 i 1808 około 50 000 unitów przeszło na obrządek łaciński.

Tymczasem w nowo utworzonym Księstwie Warszawskim starano się odrodzić w pełni tradycje polskie. Ci sami ludzie, którzy uczestniczyli w Sejmie Wielkim i w pracach nad Konstytucją 3 Maja, doczekali się wskrzeszenia państwa polskiego. Małe ono, ale czyż Władysław Niezłomny dużo zostawiał Kazimierzowi Wielkiemu? Było już 30 000 wojska narodowego, były urzędy polskie i był sejm, chociaż zwoływany miał być co dwa lata i to tylko na dwa tygodnie (Napoleon nie był przyjacielem sejmów). Był kawałek Polski, na którym Polacy mogli rządzić się sami.

A rządzili się dobrze. Włościanom nadano zupełną wolność osobistą, jak polecała Konstytucja 3 maja; zakładano szkółki wiejskie i zaczęto przygotowywać uwłaszczenie, czyli zamianę wieczystych dzierżaw kmiecych na własność. Zaledwie postąpiły prace przygotowawcze do tej wielkiej sprawy, trzeba było obrady pokojowe zamienić w wojenne pochody. Księstwo Warszawskie zaledwie miało czas urządzić się jako tako, gdyż w 15 miesięcy po utworzeniu tego państewka wybuchła nowa wojna napoleońska.

Zwierzchnikiem tego polskiego państewka był Napoleon i z jego zdaniem musiano się liczyć, bo sam byt księstwa związany był z pomyślnością oręża cesarza Francuzów. Gdy wyraził jakieś życzenie co do Warszawy, nie można było nie uważać tego za rozkaz, który musi być spełniony jak najskwapliwiej.

Zbiegiem okoliczności skrupić się to miało na św. Klemensie Hofbaurze i jego "Benonitach". Tak zwano zbożnych towarzyszy jego prac, których ogniskiem był wciąż kościół Świętego Benona. Sam św. Klemens nie przebywał tam w tych latach bezustannie. Podczas gdy w Warszawie pracowali "Benonici", on sam kilka razy wybrał się w dalekie podróże do Pragi, do Wiednia, do Bawarii, Saksonii, Szwajcarii; a to w tym celu, żeby fundować tam wszędzie i rozszerzać zakon Redemptorystów. Ale w owym czasie rządy państw europejskich pozostawały pod wpływem masonów i nigdzie nie było życzliwości dla zakonów. Francja ówczesna, dopiero po wielkiej rewolucji, nie sprzyjała bynajmniej Kościołowi. Cesarz Napoleon uważał Kościół za przydatne narzędzie polityczne i za nic więcej.

Wydostano tedy od Napoleona dekret odręczny, kasujący Klasztor Benonitów. W r. 1808 uwięziono ich wszystkich i wywieziono do twierdzy Kostrzynia nad Odrą, po czym kazano każdemu z nich wracać do miejsca pochodzenia. Święty Klemens udał się wszakże dalej, do Wiednia. Osiadłszy tam, jako kapelan Urszulanek, miał istny ogrom pracy i stał się misjonarzem najwyższej inteligencji. Zamienił życie ziemskie na wieczyste w r. 1820. W sam raz tego samego dnia (15 marca 1820) cesarz austriacki Franciszek I podpisał dekret, zezwalający na założenie klasztoru Redemptorystów w Wiedniu. Ojciec św., papież Pius X, kanonizował apostoła Warszawy w r. 1909.

Prawą ręką św. Dworzaka wśród polskich towarzyszy był w ostatnich latach pobytu w Warszawie ksiądz Jan Podgórski. Urodzony w Płockiem w r. 1775 dostał się bardzo młodo do Warszawy, uczęszczał do szkoły przy kościele Świętego Benona, wstąpił tam następnie do nowicjatu i został pierwszym, i najlepszym towarzyszem św. Klemensa. W roku 1797 przyjął święcenia kapłańskie i pracował przez jedenaście lat jako "Benonita". Jest o nim świadectwo z tych lat, jako "o mężu rzadkiej świątobliwości", znakomitym kaznodziei głoszącym nauki z takim skutkiem, iż "niezliczone działy się nawrócenia". Ten następca św. Klemensa w Polsce powrócił z Kostrzynia do Warszawy i pracował jako kapłan świecki; przez jakiś czas był administratorem parafii w Cygowie. Jeździł potem do Wiednia, żeby zasięgać wskazówek od św. Klemensa. Nuncjusz papieski przy cesarskim dworze, poznawszy się na jego wartości, proponował mu arcybiskupstwo nad katolikami Wołoszy, w Bukareszcie, lecz ksiądz Podgórski nie przyjął, spragniony jednej tylko rzeczy, by odnowić w Polsce zakon Redemptorystów. Wrócił do Polski i był czynny w Księstwie Warszawskim, jak tylko się dało.

Jak już powiedziano, Księstwo Warszawskie ledwo miało czas urządzić się jako tako, gdy w 15 miesięcy od utworzenia go wybuchła nowa wojna. Tym razem Austria wypowiedziała wojnę Napoleonowi w r. 1809. Wojsko Księstwa, korzystając z tego, przekroczyło granice zaboru austriackiego i odnosząc zwycięstwa pod wodzą księcia Józefa Poniatowskiego, zajęło zachodnią część tego zaboru po San. Teraz więc Kraków łączył się z Warszawą i Poznaniem. Armia polska powiększyła się do 85 000.

Teraz był Napoleon przez trzy lata panem całej Europy - po czym w r. 1812 wybuchła wojna francusko-rosyjska. Wojsko polskie przekroczyło Bug, dotarło aż na Litwę! Niechaj sobie czytelnik przypomni, jak Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" opisuje wiosnę 1812 r. Zaprowadzono rządy polskie aż do Dniepru, a Napoleon wkroczył do Moskwy dnia 14 września 1812 r.

Po miesiącu wracał z Moskwy, nie pobity bynajmniej w polu, lecz wypłoszony strasznym pożarem miasta i wczesną a bardzo surową zimą. Wielka jego armia wymarzła i zagłodziła się; całe wojsko poszło w rozsypkę. On zaś pędził w sankach co tchu do Paryża, żeby na wiosnę przygotować nową armię.

Ale tymczasem przyłączyły się do Rosji także Austria i Prusy. Szczęście wojenne opuściło Napoleona. Przegrał walną bitwę pod Lipskiem - i tam w rzece Elsterze utonął książę Józef Poniatowski. Fortuna zupełnie się odmieniła. Wojska koalicji weszły nawet do samego Paryża. Wszyscy niemal monarchowie znajdowali się w Paryżu z oddziałami swoich wojsk; był tam również cesarz rosyjski Aleksander I.

W trzy dni po abdykacji Napoleona, Kościuszko napisał list do Aleksandra, żeby się ogłosił konstytucyjnym królem polskim, panującym nad całą Polską, żeby do lat dziesięciu przeprowadził uwłaszczenie włościan i że w takim razie gotów jest jechać natychmiast do Polski. Pisał Kościuszko o tym do Aleksandra, bo car ten kilka razy przyrzekał wznowienie Polski. Odpowiedź udzielona dnia 3 maja 1814 r. brzmiała: "Najdroższe Twoje życzenia będą spełnione", bo Aleksander uznaje "wzięte na siebie zobowiązania uroczyste".

Więcej i wyraźniej mówiono sobie ustnie. Kościuszko bowiem przeniósł się do Paryża i widywał się z carem często, mając powóz dworskich do dyspozycji. Jak dalece Aleksander dbał o dobre mniemanie u naczelnika, jak mu schlebiał, jak starał się o jego przychylność, świadczy jedno drobne wydarzenie na jednym balu (u księżnej Jabłonowskiej), gdzie car i jego brat, wielki książę Konstanty, wziąwszy Kościuszkę pod ramiona, prowadzili go przez tłum gości, torując mu przejście i wołając, "miejsca, miejsca, oto wielki człowiek". Jaka zaś była treść ich rozmów, wiemy bezpośrednio od samego Kościuszki, który powoływał się potem na "przyrzeczenia cesarza, mnie i wielu drugim wiadome, powrócenie kraju naszego do Dźwiny i Dniepru, dawnych granic królestwa polskiego".

We wrześniu 1814 r. zebrał się w Wiedniu kongres monarchów i ministrów wszystkich państw europejskich, żeby oznaczyć na nowo granice państwowe, pozmieniane wielce skutkiem wojen napoleońskich. Radzono o losach licznych królestw i księstw, powstałych podczas tych wojen, a więc także o Księstwie Warszawskim. Carowi chodziło o to, by powiększyć granice Rosji; chciał posiąść całe księstwo. Gdyby Kościuszko stanął na czele stronnictwa rosyjskiego, pomógłby bardzo carowi wobec kongresu. W połowie grudnia poruszył Aleksander całą Polskę odezwami, wzywając do broni "na obronę ojczyzny waszej i bytu politycznego utrzymanie", głosząc, że "staną między wami ci sami dowódcy, którzy wam dowodzili przez lat dwadzieścia".

Kościuszko obstawał przy tym niewzruszenie, żeby Aleksander złączył wszystkie ziemie polskie. Gdyby car zdecydował się na wojnę z Austrią i Prusami, żaby zdobyć tamte zabory, gdyby ogłosił się jawnie królem konstytucyjnym całej Polski, byłby Kościuszko stanął ponownie na czele narodu. Ale obietnice carskie malały w ciągu następnych miesięcy i okazywało się, że Aleksander chciał tylko wyzyskać nazwisko Kościuszki do swoich celów.

Na kongresie wiedeńskim omal nie wybuchła wojna między sprzymierzonymi zwycięzcami Napoleona. Nie chciano powiększać potęgi Rosji, która pragnęła zabrać dla siebie cały dawniejszy zabór pruski. Odbywały się targi; proponowano np. znieść odrębność państwową Saksonii, a przyłączyć ten kraj do Prus, jako wynagrodzenie za utracone ziemie polskie. Ale ostatecznie pogodzono się na kongresie, zwłaszcza gdy zdawało się, że gwiazda Napoleona zabłysnąć może na nowo. Dnia 13 stycznia 1815 r. zawierano układ, którego mocą Saksonia była ocalona, a postanowiono podział Księstwa Warszawskiego pomiędzy wszystkie trzy państwa rozbiorowe.

Galicja Zachodnia wracała do Austrii, Wielkopolska - do Prus, reszta zaś z Warszawą przechodziła pod panowanie Aleksandra. Kraków z okręgiem (24 mil kwadratowych) zamieniono na rzeczpospolitą. Było to państewko bez znaczenia politycznego, pozostające w mocy przedstawicieli trzech państw rozbiorowych, których państwa te do Krakowa wysłały, żeby tam sprawowali dozór.

Nie oddawano jednak części Księstwa Warszawskiego Aleksandrowi, jako cesarzowi rosyjskiemu, nie wcielano Mazowsza do cesarstwa rosyjskiego. Krainie tej nadano pompatycznie tytuł królestwa, postanawiając, że jego konstytucyjnymi królami mają być carowie rosyjscy. To, czym Aleksander miał być w Warszawie było wręcz przeciwne naturze rosyjskiej władzy monarszej, opartej na absolutyźmie, na przywilejach szlachty i niewoli ludu wiejskiego. Aleksander przyjął jednak te warunki. Nie potrzebując już udawać, jakoby dążył do wznowienia zjednoczonej w jedno państwo Polski, udawał jeszcze nadal zwolennika ograniczonej monarchii, konstytucyjnej formy rządu.

Aleksander chciał posiąść aprobatę Kościuszki dla swego dzieła i zaprosił go w tym celu w marcu 1815 r. do Wiednia. Naczelnik, szpiegowany w drodze, zdążył ledwie na koniec przyjechać do Bawarii, gdzie znalazł się car w pochodzie przeciw Napoleonowi, który opuścił miejsce swego przymusowego pobytu (wyspę Elbę), wylądował we Francji i posiadał już znaczne wojsko. Nowe cesarstwo Napoleona miało jednakże trwać tylko sto dni. Ani Francuzi go już nie chcieli, mając dosyć wojen, choćby nawet zwycięskich! Wszyscy stęsknieni byli za pokojem.

W Braunau w Bawarii zjechali się tedy Kościuszko z Aleksandrem. Car przyjął go z wszelkimi honorami, ale nie powiedział nic wyraźnego, tylko prosił, żeby Kościuszko koniecznie jechał do Wiednia, a potem jak najprędzej do Warszawy.

Dowiedziawszy się w Wiedniu, że nowe Królestwo Polskie nie ma obejmować nawet całego Księstwa Warszawskiego, oświadczył Kościuszko, że "to jest pośmiech" i odmówił jazdy do Warszawy. Pisał w tej sprawie do cara, a gdy przez dwa tygodnie odpowiedź nie nadeszła, opuścił Wiedeń i wyjechał do Szwajcarii. Osiadł na resztę życia w miasteczku szwajcarskim Solurze Cały naród sądził podobnie, jak naczelnik, że "to jest pośmiech". Nadano też nowemu tworowi politycznemu szyderczą nazwę "Kongresówki".

Księstwo Warszawskie istniało osiem lat, a nowe Królestwo Polskie z carem na tronie dwa razy dłużej, lat szesnaście. Bądź co bądź samo wznowienie tytułu królestwa posiadało wartość polityczną. Ale carowie, będąc absolutnymi panami w rozległej Rosji, nie potrafili być monarchami konstytucyjnymi w drobnej Kongresówce, która była przeszło dwa razy mniejsza od poprzedniego Księstwa Warszawskiego i całkowicie bezsilna wobec potęgi rosyjskiej. Z góry było postanowione, że konstytucji nie będzie się przestrzegać, a z czasem całkiem się ją zniesie. Najgorsze zaś było to, że car Aleksander mianował naczelnym wodzem wojska Kongresówki swego starszego brata, Wielkiego księcia Konstantego, człowieka tak nieokrzesanego, że nawet na Rosję był zbyt dziki i nie można go było dopuścić do następstwa tronu. Mówiono o nim, że był na pół małpą, na pół tygrysem, lecz nic a nic człowiekiem. Rządowi Kongresówki car polecił, żeby się stosować do woli Konstantego, nawet w sprawach cywilnych, chociażby rozkaz wydany był tylko ustnie! Zresztą przysłał do Warszawy korpus wojska rosyjskiego, co było bezprawiem. Słowem: Aleksander ani myślał szanować odrębności państwowej maleńkiego Królestwa Polskiego. Rządy zaś Konstantego były jednym pasmem gwałtów i nadużyć człowieka niepoczytalnego. Bywały nawet bezeceństwa. Nie można wyjść ze zdziwienia, jak zdołano wytrzymać takie gwałty przez całe 15 lat.

Robiono przecież wszystko, co się pod takimi rządami dało robić pożytecznego dla narodu. Był ruch wokół gospodarczego podniesienia kraju i krzątano się nad poprawą ustroju społecznego. Nie tylko Kongresówka, ale też prowincje bezpośrednio do Rosji wcielone pragnęły pożytecznych reform. Na przykład zaraz w r. 1817 próbowała szlachta polska na Litwie czy dałoby się przeprowadzić uwłaszczenie włościan. Ułożyli memoriał i posłali do Petersburga. Po dwóch latach nadeszła odpowiedź krótka i węzłowata: Kto będzie co mówił o uwłaszczeniu, pójdzie na Sybir! Albo taki przykład: w r. 1821 zajmował się sejm królestwa w Warszawie pytaniem, jak dojść do tego, by w każdej wsi była szkoła - a w dwa lata potem powiernik carski w Warszawie, Nowosilcow wystarał się, że wstrzymano zakładanie nowych szkół.

Pokazało się, że ze wszystkich stanów najwięcej stracił na upadku państwa polskiego lud wiejski. Wszystkie uwłaszczenia i oczynszowania, które obywatele polscy zaprowadzili dobrowolnie po ogłoszeniu Konstytucji 3 maja, rząd rosyjski skasował. Rząd ten nie tylko zaprowadził wszędzie na nowo pańszczyznę, ale cofał rozwój społeczny wstecz jeszcze bardziej, wprowadzając na wzór rosyjski niewolnicze poddaństwo ludu. W krajach zabranych wolno było chłopa sprzedać, tak samo jak w Rosji, bo rząd wprowadził pod tym względem prawo rosyjskie. Nie znalazł się jednak ani jeden szlachcic polski, który by z tego "prawa" skorzystał. Dla polskiego sumienia było to nie prawem, lecz bezprawiem.

Rząd carski uważał nawet prostą wolność osobistą włościan za coś rewolucyjnego. Gdyby nie to, że Królestwo Kongresowe posiadało osobny rząd i swą konstytucję, Rosja zaprowadziłaby i na Mazowszu rosyjskie poddaństwo ludu wiejskiego. Nieszczęsnym skutkiem rozbiorów było między innymi i to, że dostaliśmy się pod rządy państw zacofanych w porównaniu z postępową Konstytucją 3 maja. Rządy zaborcze cofały rozwój społeczny polski. Najbardziej zacofana była zawsze Rosja: szczęściem szlachta polska nie poddawała się wpływom rosyjskim. Była zanadto oświecona, żeby ulegać rosyjskiej ciemnocie.

Na jedno nie mogła jednak poradzić najlepsza wola szlachty polskiej w krajach zabranych, na Litwie, na Wołyniu i Podolu, tudzież w prowincjach południoworuskich: oto było w państwie rosyjskim prawo, że tylko szlachcie wolno posyłać do szkół dzieci. Skutkiem tego panowała coraz większa ciemnota wśród ludu, a to pociągało za sobą fatalne skutki na przyszłość. Pod rosyjskim prawem każde następne pokolenie stawało się coraz ciemniejsze, podobnie jak cały naród rosyjski, a nielicznymi wyjątkami nader szczupłej warstwy wykształconej, pogrążał się w coraz większej ciemnocie.

W Kongresówce zdziałano najwięcej właśnie w dziedzinie oświaty. Jeszcze za Księstwa Warszawskiego wznowiono Komisję Edukacyjną, a Królestwo Polskie dbało wielce o szkoły, od największych do najniższych. Dość powiedzieć, że w ostatnim roku jego istnienia, w r. 1830, było tam analfabetów mniej, niż przed wybuchem I wojny światowej, a więc przeszło 80 lat potem. Znać na tym przykładzie różnicę rządów polskich a rosyjskich.

Car Aleksander I w sprawach szkół nie krępował Polaków całkiem, byle tylko nie zakładać w krajach zabranych (tj. poza Kongresówką) szkół ludowych. Książę Adam Czartoryski był ciągle kuratorem wileńskiego okręgu naukowego. Zreformował Uniwersytet Wileński i tak go urządził, że należał do lepszych w Europie. Na Wołyniu zaś, w mieście Krzemieńcu, Tadeusz Czacki urządził "gimnazjum wołyńskie" (przemienione następnie na "liceum krzemienieckie") jako szkołę wyższą, a tak doskonałą, iż dziś jeszcze oglądamy się na nią, jako na wzór niejednej rzeczy tyczącej nauczania i wychowania młodzieży. Z Wilna i z Krzemieńca, jak z dwóch wielkich ognisk, szły promienie polskiej oświaty na cały ten kraj od Inflant aż do Ukrainy. Mała republiczka krakowska robiła też, co mogła, dla podniesienia starego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zabierano się do założenia nowego uniwersytetu w Warszawie; zdążono jednak urządzić tylko dwa wydziały: prawniczy i lekarski, a niebawem nadejść miały gorsze czasy, które nie dały dokończyć rozpoczętego dzieła.

I pod pruskim zaborem zrazu szkoły polskie zostały szczęśliwie bez zmiany. Ale od r. 1824 zaczęto w wyższych klasach gimnazjalnych zaprowadzać powoli i ostrożnie wykłady niemieckie; nie robiło się z tego jeszcze systemu szkolnego, były to dopiero próby.

Zabraną na kongresie wiedeńskim część Księstwa Warszawskiego Prusacy nazwali Wielkim Księstwem Poznańskim, nadając nawet pewien samorząd narodowy. Polacy sprawowali tam urzędy, a namiestnikiem króla pruskiego był Polak, książę Antoni Radziwiłł.

Chociaż nie dotrzymano nam ani połowy z postanowień kongresu wiedeńskiego, położenie nasze pod Rosją i Prusami było bez porównania lepsze, niż w czasach następnych. Potem dopiero nastać miały ciężkie czasy.

W zaborze austriackim było natomiast z początku źle, bardzo źle pod każdym względem. W Galicji trwał srogi ucisk narodowy; szkoły były wszystkie niemieckie i ani jednego Polaka w urzędach. Za czytanie książki polskiej wypędzano ze szkół. Nie pozwalano też zakładać żadnych szkółek wiejskich. Rząd austriacki starał się przy tym usilnie o to, żeby nas zubożyć jak najbardziej. Skazano Galicję na ciemnotę i nędzę, a przy tym starano się ją zniemczyć.

Nie brak było pod zaborem rosyjskim znaków, że nastaną i tam czasy gorsze. Najgorszym znakiem było, że w r. 1823 odebrano księciu Czartoryskiemu godność kuratora szkół. W trzy lata potem kazano całej szlachcie przedstawić dokumenty szlacheckie. Kto nie miał papierów w porządku, tego nie wpisano do ksiąg szlacheckich. Jakże miały być papiery w porządku w kraju, który przechodził przez "potop" i potem jeszcze przez tyle wojen i pochodów nieprzyjaciela? Tylko bogatsi, posiadający zameczki, skarbczyki zamczyste itp. mogli zachować swe papiery familijne w całości; ogół tracił je wśród pożarów drewnianych dworków szlacheckich. Wiedział o tym rząd rosyjski, a spis szlachty urządził umyślnie w ten sposób, iż przeszło połowa rodzin szlacheckich przestawała być szlachtą w oczach rządowych, a skutkiem tego traciła prawo posyłania dzieci do szkół.

Jeszcze gorzej niż za Aleksandra działo się za jego następcy, Mikołaja I (1825-1855). Osławiony był w całej Europie "system mikołajowski"; polegający na prawdziwie azjatyckim despotyzmie, na szpiegostwie, donosicielstwie, na wojskowych i policyjnych rządach rosyjskich oficerów. Szkoła i książka uległy srogim prześladowaniom. Kongresówka stawała się krajem coraz mniej oświeconym i coraz uboższym. Przybywało tylko więźniów politycznych. We wschodnich zaś prowincjach zrusyfikowano wszystkie urzędy i zmierzano do zrusyfikowania szkół. W roku 1822 (jeszcze za Aleksandra) zabrano się do prześladowania młodzieży na Uniwersytecie Wileńskim. Wywieziono wtedy w głąb Rosji znaczniejszą liczbę młodzieży z Adamem Mickiewiczem na czele. Uniwersytet prześladowano coraz dotkliwiej, czekając tylko sposobnej chwili, żeby go zamknąć zupełnie.

Mikołaj I rad byłby zniweczyć do cna całą Polskę i wytępić Polaków; uważał to za wykonalne, jeżeli się zabrać do tego systematycznie i w pewnej kolejności potrzebnych do tego środków i przedsięwzięć. Ułożono plan, obliczony na długie lata. Ponieważ polskość opierała się na katolicyzmie w przeciwieństwie do rosyjskiego prawosławia, postanowiono zniweczyć katolicyzm, najpierw w tzw. krajach zabranych, tj. na Litwie i Rusi.

Trudną sprawę ułatwiono sobie, rozdzielając na części według zasady: nie wszystko naraz, lecz częściami po kolei. Zacząć tedy od unii, bo podobna jest do prawosławia językiem cerkiewnym i niejedną zewnętrzną stroną obrządków. Prowadzić ostro dalej aż do końca to, co zaczęła Katarzyna, co wznawiał Aleksander I. Unię skasować, a potem dopiero zabrać się do łacinników. Gdy się przerobi unitów na prawosławnych, przyjdzie kolej na szerzenie prawosławia pomiędzy katolikami obrządku łacińskiego. Nie wszystko naraz! Najpierw nabożeństwa dodatkowe po rosyjsku, potem rosyjskie kazania, zmiany w strojach liturgicznych, potem zmiana mszału itd., krok po kroku, aż się zniszczy najpierw unię a potem łaciński obrządek. A gdy na Litwie i Rusi prawosławie obejmie całą ludność, przyjdzie kolej na ziemię z ludnością czysto polską. Jeżeli kiedy w przyszłości, po latach kilkudziesięciu ogół Polaków będzie wyznawał schizmę prawosławną, czy to będzie jeszcze naród polski? Jeżeli porzucą religię, tym łatwiej wyrzekną się potem języka i narodowej odrębności. Taki plan powziął Mikołaj I.

Decyzja zapadła podczas podróży carskiej na Litwie, gdy naocznie się przekonywał, jak ścisłe tam zachodzą związki pomiędzy unią a polskością. Niebawem dnia 6 października 1827 r. wyszedł "ukaz" (rozkaz carski), żeby zmuszać do prawosławia także tych unitów, którzy zmienili obrządek na łaciński, żeby odtąd Polaków nie przyjmować do Bazylianów i żeby dla młodzieży unickiej zakładać osobne szkoły, w których by się przyzwyczajali do prawosławia.

Właśnie toczyła się w Petersburgu nowa wielka sprawa o przechodzenie unitów na obrządek łaciński. Zebrało się takich aż 20 000. Rząd rosyjski był przerażony, bo łacina łączyła się zawsze z polszczyzną. Zapadło postanowienie, żeby się zabrać od razu do niweczenia unii, nie zwlekając.

W miesiąc po wydaniu ukazu, z początkiem listopada dowiedział się o tym od dyrektora kancelarii obcych wyznań w ministerstwie (Karłaszewskiego) przebywający w Petersburgu dostojnik cerkwi unickiej, Józef Siemaszko i zgłosił się pisemnie, że podejmie się przeprowadzić zamiary rządu. Złożył w tej sprawie szczegółowy memoriał, datowany 9 listopada 1827 r., z dokładnym planem postępowania. Znalazł się więc trzeci wielki zdrajca, po Sadkowskim i Lissowskim.

Józef Siemaszko ur. w r. 1798 był synem księdza unickiego w Starym Pawłówku pow. lipowieckiego w województwie kijowskim. Ojciec jego mówił i pisał doskonale po polsku; on sam odbył też i początkową naukę w domu w polskim języku i kształcił się dalej w polskich szkołach. W klasach wyższych udzielał lekcji kilkunastu uczniom polskim, a więc również w polskim języku. Sam był następnie uczniem seminarium duchownego w Wilnie, przyjmującego alumnów obydwóch katolickich obrządków, Jedno z próbnych kazań wygłosił w katedrze wileńskiej, spisawszy je sobie po polsku i po polsku oczywiście wygłaszając (rękopis dochował się). Nauczycielami w seminarium byli tylko łacińscy księża. Kształcił się tedy po polsku, lecz Polakiem nie był. Polskie brzmienie jego nazwiska byłoby - Siemiaszko; Siemaszko brzmi po rusku. Był więc Rusinem z pochodzenia, ale poczucia narodowego nie miał w sobie ni ruskiego, ni polskiego; potem wprosił się pomiędzy Moskali.

Niestety, wykształcenie duchowieństwa unickiego było zawsze niedostateczne, znacznie niższe od łacińskiego. Zachodzi jeszcze druga okoliczność. Wiadomo, że katolicki kapłan nie może zawierać ślubów małżeńskich; unickie duchowieństwo ma zaś od Stolicy św. ten przywilej, że żonatego wolno wyświęcić, a zatem kleryk ruski, jeżeli chce się w ogóle żenić, musi się z tym spieszyć, i pojąć żonę, dopóki nie jest kapłanem, a zatem przed wyższymi święceniami żenią się więc wszyscy młodo, zazwyczaj na początku ostatniego roku studiów, bo potem już nie mogliby się żenić (dlatego też owdowiały ksiądz nie może żenić się powtórnie). Zachodzi jeszcze drugie ograniczenie: taki żonaty kapłan nie może sprawować w cerkwi wyższych dostojeństw, które zastrzeżone są dla bezżennych. Celibat jest wszakże czymś bardzo rzadkim u duchowieństwa świeckiego, zwanego "białym"; toteż do wyższych godności powołuje się tylko zakonników z jednego ruskiego zakonu Bazylianów, spośród tzw. duchowieństwa "czarnego". Po klasztorach uprawiano tedy nauki; dość powiedzieć, że Bazylianie mieli kilkadziesiąt gimnazjów, w których sami byli profesorami; oni też tylko odbywali wyższe studia teologiczne. Kapłan "biały" nie miał na to czasu, ani sposobów. Nie mógł się uwalniać na jakiś czas od swych obowiązków, parafialnych i wyjechać na studia, bo kto mu będzie przez ten czas żywić żonę i dzieci? Trzeba by też szczególnego powołania do nauk, żeby się im oddawać, nie pytając, czy się to na coś przyda. Więc taki ksiądz "biały" wiedząc, że nigdy nie będzie niczym więcej, jak skromnym i ubożuchnym (przy kilkorgu dzieciach) plebanem wiejskim, nie garnął się do książek.

Józef Siemaszko miał więcej od innych ogłady, nabytej w tych zamożnych domach, gdzie lekcji udzielał i gdzie się też spotykał z biblioteczkami domowymi; czytywał nie tylko książki szkolne, połapał to i owo z literatury. Wykształcenie jego było nader nierówne i powierzchowne, ale między ślepymi jednooki królem, więc górował nad rówieśnikami. Zwrócił uwagę swego biskupa, który sam doradził mu, żeby się nie żenił. Wiadomo było, co to znaczy; dzięki temu zrobił dziwnie szybką karierę.

Do jakiego stopnia brakowało cerkwi ludzi zdolnych, znać z tego, że Siemaszko już jako subdiakon, licząc zaledwie 22 lata, był profesorem kleryków w Poczajowie. Wnet został asesorem konsystorskim, a gdy liczył lat 24 był już w konsystorzu oficjałem; tegoż roku protojerejem, kanonikiem, w r. 1825 został prałatem w 27 roku życia. Sam pisał potem o tej karierze w te słowa: "Co było zresztą robić, skoro biskup nie miał nikogo lepszego? Na bezrybiu i rak ryba". Przebywał stale koło zacnego władyki (tj. biskupa) Martuszewicza, który był biskupem łuckim i ostrogskim, a zarazem egzarchą na gubernie: wołyńską, podolską i kijowską, ale z wielkich tych tytułów tyle było zaledwie rzeczywistości, .iż rezydował w Żydyczynie, w zapadłej mieścinie w jednej ze swych diecezji, w łuckiej. Ale od r. 1822 zmienił Siemaszko miejsce pobytu i to od razu radykalnie na wielkie miasto stołeczne, bo został wysłany na reprezentanta diecezji do tzw. kolegium petersburskiego, które było władzą administracyjną nad wszystkimi diecezjami unickimi. Ponieważ był trochę otrzaskany w języku rosyjskim (którego inni całkiem nie znali), więc znów był naprawdę potrzebny i wybijał się nadal. Czytał w tych latach ogromnie dużo, ale bez wyboru, a przeważnie po rosyjsku i to głównie powieści. Sam powiadał, że w jednym roku przeczytał aż 400 książek; mogły to więc być tylko takie, przy których nie trzeba się zastanawiać i które niczego nie uczą.

Szybka kariera uderzyła mu do głowy. Chciałby jeszcze wyżej. Godność biskupa nie mogła go ominąć, ale kiedy? Czy nie dałoby się przyspieszyć? Władyka unicki, to już było dla niego za mało; w unii można nawet zostać egzarchą i być zakopanym na całe życie w jakimś Żydyczynie! On pragnie być kimś wielkim na wielkim świecie, a dotychczasowa kariera, jak na młode lata szalona, powinna toczyć się dalej w tempie również szalonym! Dokąd? Choćby do największego stanowiska, na metropolitę całego cesarstwa rosyjskiego!

W takim razie trzeba jednak porzucić unię. Myślał też o tym już od r. 1824. Przez trzy lata wahał się jednak, gdy nagle w listopadzie 1827 r. po rozmowie z Karłaszewskim spostrzegł, że chwila jest sposobna i byle ją zaraz wyzyskać, kariera pewna. A był przy tym ogromnie łasy na pieniądze. Spisał więc natychmiast memoriał. Wypracowaniem tym zainteresował się sam car i pytał o życiorys autora. Napisał wtedy swą biografię, przekręcając wiele, ujmując i dodając, nawet zmyślając, wpisując jak najwięcej tego, co się Mikołajowi mogło podobać.

W memoriale zaś kładł nacisk na to, że unia zamienia się w "łaciństwo" i polszczeje. W naukach kościelnych dla unitów upowszechniał się język polski, a w wielu miejscach używano go nawet do ważniejszych modłów. Sami księża uniccy przechodzą często na obrządek łaciński, zatrzymując żony ze szczególnymi dyspensami. U Bazylianów połowa jest Polaków, którzy przeszli na obrządek wschodni, żeby podtrzymać unie. Dobrze byłoby odebrać Bazylianom gimnazja, ale na razie nie ma ich kim zastąpić; dlatego trzeba zacząć kasować klasztory bazyliańskie, których czwarta część wystarczy. Trzeba oddzielić rodowitych Rusinów od Polaków obrządku wschodniego. Widział bowiem Siemaszko, jak na każdym kroku, od seminarium aż do stolic władyczych, po parafiach i po zakonach duchowni narodowości polskiej są mocniejsi w wierze, podczas gdy Rusini są jak trzcina na wietrze i do unii wcale nie są przywiązani. Rozumiał, że unia runie, skoro nie będzie podtrzymywana przez Polaków.

Siemaszko zastrzegł sobie, że memoriał jego pozostanie sekretny i rzeczywiście sekretu dotrzymano. W krótkim czasie złożył on jeszcze 8 referatów w ministerstwie, między innymi o konfiskatę majątków bazyliańskich i żeby cerkiew unicka miała tylko dwa biskupstwa (eparchie), białoruską i litewską; o nowe urządzenie konsystorzy, o schizmatyckich księgach cerkiewnych, o ścisłe poddanie unii władzy świeckiej na równi z prawosławiem itd.

Do wszystkich szkół średnich, a nawet i niższych wprowadzono naukę języka rosyjskiego, podręczniki szkolne moskiewskie i przepisano wykład w tym języku "choć nauczyciele sami dopiero zaczynali się uczyć tego języka". Wysyłano też odtąd kleryków unickich po dwóch do Uniwersytetu Petersburskiego, po czterech do moskiewskiego i po czterech do moskiewskiej akademii duchownej. Ale przede wszystkim chciał się Siemaszko pozbyć polskiego żywiołu pośród Bazylianów i dlatego radził pozostawić zakonnikom prawo, żeby mogli przechodzić na obrządek łaciński. Jakoż w tym samym jeszcze r. 1827 opuściło zakon 50 Bazylianów, przechodząc na obrządek łaciński, a liczba ta miała się jeszcze potem zwiększyć. W ten sposób zabezpieczali się, że nie będą zmuszeni do schizmy. A za swe referaty, za rady i współpracę otrzymywał Siemaszko nie tylko order po orderze, ale też dary pieniężne, setkami a czasem nawet tysiącami rubli, i coraz lepsze posady. W r. 1829 był już z łaski cara biskupem, a liczył dopiero 31 lat.

Gdy wiadomości o tym doszły do Rzymu, wysłano do rządu carskiego dwa pisma. Siemaszce powierzono na nie ułożyć odpowiedź. Brzmiała w tym sensie, że wszelkie zmiany poczynione w Cerkwi są natury tylko politycznej a nie religijnej! A tymczasem postępowano sobie coraz śmielej. W roku 1830 zagrabiono klasztor bazyliański w Owroczu, słynny z pielgrzymek, a nawet najsławniejszy, a słynący cudownym obrazem klasztor w Poczajowie - tudzież pozamykano wszystkie szkoły bazyliańskie. Kazano w cerkwiach bazyliańskich pousuwać organy, ławki, zaprzestać godzinek i różańców, a powstawiać "carskie wrota", ikonostasy i ubiory prawosławne. W ciągu dwóch lat zamknięto niemal dwie trzecie klasztorów.

Czasy mikołajowskie dawały się też we znaki jedynemu wówczas przedstawicielowi głębszego ruchu religijnego, księdzu Podgórskiemu. Redemptoryście z warszawskiego ogniska "Benonitów". Zbierał swoich dawnych towarzyszy i powiodło mu się po licznych przeciwnościach urządzić dla nich "wspólny dom" w Piotrkowicach. Sam bywał w ciągłych rozjazdach na misje. Najwięcej wypadło ich na lata 1824-1828. Bywał z misjami w Krakowskiem i w Kieleckiem. Wyjechał nawet poprzez kordon do zaboru austriackiego, urządzając misje na Sądecczyźnie. Zakon Redemptorystów nie otrzymał jednak rządowego upoważnienia, toteż ksiądz Podgórski bywał narażony na wiele utrudnień i nieprzyjemności, a w Piotrkowicach zdarzały się często rewizje policyjne i zjeżdżały całe komisje, aby sprawdzać czy też przypadkiem ten wspólny dom nie jest klasztorem?

Równocześnie łamano wszystkie zobowiązania, jakie car miał względem swego Królestwa Polskiego z racji postanowień kongresu wiedeńskiego z r. 1815. Car był przecież w Warszawie królem polskim i to koronowanym, i konstytucyjnym królem Kongresówki. Z konstytucji nie zostało nic, wszystkie prawa zdeptano, a wprowadzano coraz sroższy ucisk.

Ucisk moskiewski doprowadził wreszcie do powstania. Wybuchło dnia 29 listopada 1831 r. przedwcześnie i bardzo nierozważnie, zanim zostało należycie przygotowane. Przyśpieszono zaś wybuch dlatego, ponieważ równocześnie zaniosło się na powstanie w Belgii przeciwko narzuconemu jej przyłączeniu do Holandii. Car chciał być poskromicielem wszelkich ruchów wolnościowych w całej Europie i zamyślał wyprawić wojsko przeciwko odległym na zachodzie Belgom. Ale nie zamierzał wysłać wojska rosyjskiego, tylko wyznaczał ten pochód wojsku polskiemu z Kongresówki, a na jego miejsce zamierzał wprowadzić do królestwa pułki rosyjskie. Kraj ogołocony z wojska narodowego nie miałby potem żadnej siły do oporu, zwłaszcza że z Belgii wróciłyby tylko zbiedzone resztki armii. Ażeby tedy przeszkodzić carskim zamiarom, przyśpieszono wybuch powstania. W taki sposób Polska ocaliła niepodległość Belgii, lecz utraciła resztki własnej niepodległości.

Powstanie polskie obfitowało wprawdzie w czyny bohaterskie, a nawet w zwycięskie walki, ostatecznie jednak skończyło się przegraną. We wrześniu 1832 r. Moskal panował już w Warszawie. Zaraz następnego roku zamknięto warszawskie Towarzystwo Naukowe, a w r. 1833 Uniwersytet Wileński, szkołom zaś średnim odjęto cechy polskie i obniżono umyślnie ich poziom. Rząd rosyjski znosił stopniowo wszystkie te urządzenia, które w Kongresówce były lepsze od rosyjskich; starano się zrobić z królestwa rosyjską prowincję. Zrazu były to próby nieśmiałe, lecz stawały się coraz śmielsze, a ten pierwszy prąd rusyfikacyjny miał trwać przez 25 lat.

Austria i Prusy germanizowały także z całych sił, niemcząc nawet szkoły. Wyszukiwano w tym okresie wszelkich pozorów, żeby ścieśniać działalność polskich zakonów. Zaczęło się to od owego "domu wspólnego" w Piotrkowicach, który skasowano z urzędu w r. 1834.

Zostawał jeszcze strzęp niepodległości w republice krakowskiej. Była to czcza komedia niby niezawisłej państwowości, bo przebywali tam stale przedstawiciele wszystkich trzech państw zaborczych, kontrolując nie tylko każdy urzędowy krok "senatu rządzącego", ale trzymając też społeczeństwo pod ciągłym terrorem policyjnym. Ale przynajmniej języka polskiego tam nikt nie uszczuplał, a szkół przybywało. O tym państewku, odznaczającym się szczupłością, trzeba było jednak powiedzieć, że "lepszy rydz, niż nic".

Tam też podążył ksiądz Podgórski, gdy go wygnano z Piotrkowic w r. 1834, szukając, gdzie by odetchnął swobodniej. Lecz na próżno próbował, czy mu się w tym państewku polskim nie uda zebrać na nowo rozproszonych braci zakonnych, dawnych Benonitów i towarzyszy z Piotrkowic. Nie dano mu tu także założyć klasztoru. Osiadł w końcu przy klasztorze SS. Norbertanek w Zwierzyńcu pod Krakowem, przy tym starożytnym klasztorze bł. Bronisławy i Judyty Krakowianki. Tam pędził życie zaciszne i odosobnione aż do zgonu w r. 1847 (pochowany w podziemiach tego kościoła). Uginał się prawdziwie pod ciężarem życia. Ze swych zbożnych trudów i zabiegów nie oglądał żadnych owoców; zakon, któremu poświęcił życie, jakby przepadł i zaginął; o polskiej sprawie narodowej można było doprawdy zwątpić, bo spadał tylko cios po ciosie.

Zwątpić? Można było, lecz nie należało! Bo czyż może zwątpić w dobrą sprawę dobry katolik, posiadający głębsze wykształcenie religijne? Zawsze trzeba zachowywać nadzieję i pokładać ufność w łasce Bożej. Tego nie brakło księdzu Podgórskiemu, który modlił się żarliwie za Ojczyznę.

Ale tego właśnie nie dostawało ogółowi ówczesnej inteligencji polskiej. Spostrzegł zapewne czytelnik, jak w ostatnich rozdziałach stosunkowo niewiele dało się mówić o świętych i świątobliwych. Bo było ich niewielu! Pokolenia owe nie celowały żywą wiarą, a patriotyzm ich nie był przejęty duchem religijnym. W całej Europie zapanowało niedowiarstwo, a Polska nie była niestety lepsza od innych. Dopiero po r. 1831 miała nastąpić poprawa. Zrazu zabłysnęły światła nieliczne, przybywało ich jednakże, przybywało ciągle, aż wreszcie jasność ogarnęła Polskę na nowo. Najpierw nastąpiło odrodzenie religijne, a potem dopiero dostąpiliśmy odrodzenia politycznego. Ten ciekawy tok historii będzie stanowił przedmiot następnych rozdziałów, a będzie przybywało coraz bardziej rodaków i rodaczek świątobliwych.

Podziel się i skomentuj